kwasna | e-blogi.pl
SZYBOWCE CHWIL 2017-09-29

Szybowce chwil szybowały dumnie
W przestworzach, tłumnie
Gromadzili się ludzie i zwierzęta,
Przed rokiem, lecz kto to jeszcze pamięta?

I słońca, i chmury, i deszcz, i śnieg.
A potem już tylko na przełaj bieg
I liczenie piegów na rudych policzkach;
Nie ma, matematyczna wraca tabliczka.

I lasy, i pola, i jeziora, i morze, i góry.
Wieczni synowie i wieczne córy
Przejrzystości tej wysokiej, okiem
Spoglądają dzieci na dorosłych z szokiem.

Szybowce chwil szybowały dumnie
W przestworzach, tłumnie
Gromadzili się ludzie i zwierzęta,
Ale kto za rok będzie o tym pamiętał?


DZWONY HEBANOWE 2017-09-29

Biją dzwony hebanowe,
Pod niebem ptak
Szybuje sprężysty, kolorowe
Kwitną pędy tak
Po swojemu.

Zielone świecą słońca
Na gwiazdach cieni,
Motyl przeszłości w przestrzeni
Maluje ewakuację z sytuacji do końca.

Sosnowe rzędy krzyku
Potężne rosną, w ryku
Odnajdują melodię zagubienia
I lecą na skrzydłach zapomnienia,
I szumią od wiatru całe.

Nie do końca zrozumiałe
Myśli nie wypowiedziane,
A serca kochane
Jak wiatraki dziecięce
I ja się jak dziecko kręcę.

Alter ego wydaje rozkazy ewidentne,
By iść do chwil, co majętne
I kolorowe jak słońca, i kolorowe jak kwiaty,
Tylko alter ego nie zna wypełnienia daty.

Biją dzwony hebanowe,
Pod niebem ptak
Szybuje wolny, tęczowe
Kwitną pędy tak
Po swojemu.


WYKONYWALNOŚĆ 2017-09-29

Nocy próżnia,
Podłużna
Linia falista,
Zasłona mglista
Snów.

Jawa zlana
Z jawą.
Obawą
Spełnienia koszmarów
Wypełnione serce.

Nocy próżnia
Opóźnia
Zamierzenie celów
I obcość portfelów
Wykwintna jest, wielka.

Jawa zlana
Z jawą.
Zabawą
Nie jest życie -
Oddech prawdziwy
I łza płynąca skrycie.

Nocy próżnia,
Wzdłużna
Kresowa i spadzista,
Jaskrawość czysta
Kreśli wzór kolejnego oddechu.

Jawa zlana
Z jawą.
Kofeina najlepszą strawą
W ustach, do sił nabrania -
Wykonywalność zadania.


TACY SWOI 2017-09-29

Prędkość światła niesie blask przyszłości
Na ramionach tejże teraźniejszości,
My innej nie mamy, my inni nie jesteśmy -
Tylko tacy swoi, święci i grzeszni.

Umierają drzewa w rzędzie jak pod ostrzałem,
A słowo otula się prozą i banałem;
Nagle podrywają się ptaki czarne, wrzeszczą
Strasznie, powyżej dopuszczalnych decybeli,
W swoich lasach dźwięk ich ptasich treli
Jest łagodny. Suche gałązki zielenią jeszcze trzeszczą.

A wiatr jak grzebieniem zaczesuje włosy manekinom
W miejskich zaułkach, w miejskich witrynach,
Gdzieś na skraju ulic do chłopaka uśmiecha się dziewczyna
Piękna jak kwiat, piękna jak motyl. Tylko rekinom
Mało jest ofiar, mało jest przelanej krwi. Ćmi
Kropelkami potu, kropelkami łez jak deszczykiem.

Prędkość światła niesie blask przyszłości
Na ramionach tejże teraźniejszości -
My innej nie mamy, my inni nie jesteśmy -
Tylko tacy swoi, święci i grzeszni.


SĄSIEDZKIE POTYCZKI 2017-09-28

Napęczniała kora od huków,
Sąsiad do sąsiada strzela z łuku,
Policją sobie grożą, nawet władzą -
Och, jak oni sobie wadzą.

A czereśnia zielona jak ofiara
Pada uśmiercona. Niesprawiedliwa miara
Sądów ich brutalnych,
Jeden na drugiego taki nachalny.

Napęczniała kora od wyzwisk,
Sąsiad na sąsiada zaciska pięści,
Maczugą na siebie wymachują, części
Konfliktu już nie widać, lecz to wojna.

A czereśnia zielona jak ofiara
Tej wojny. Martwa leży w kawałeczkach
I krwawi nieboskim rykiem -
Sąsiedzkie potyczki są złym nawykiem.


ZAMILKŁEŚ 2017-09-28

Milczysz brzmieniem echa, przerywasz
Linią snów, powracasz, lecz chyba nie tym razem,
Stajesz się mgłą, blaknącym w tekście wyrazem;
Milczysz strumieniem pragnień, wydobywasz
Łopatą oddzielnych miast złoto samotności.

W lesie ciemnych nocy, w lesie znajomości
Początków widzę twoją twarz jak w lustrze odbicie,
Zbyt jawnie kochałam, a trzeba było skrycie -
Szkoda, że musimy rozmawiać słowami odległości.

A te słowa jak echo właśnie, jak bumerang powracający
Z dużą siłą, z dużą prędkością. Uśmiech jaśniejący
Wtedy miałam, chciałam, kochałam, lecz łzy rozstania
Nie namówiły ciebie do szczęścia, do prawdziwego kochania.

I oto milczysz brzmieniem echa, milczysz przeznaczeniem,
Snujesz się albo jesteś szczęśliwy w swoim świecie. Mgnieniem
Księżyca nie odpowiadasz na moje samotności, tęsknoty -
A ja nie mam wygód dla ciebie, tylko serce, co jest jak klejnoty;
Lecz tobie jest to mało, lecz tobie jest to złośliwe.

Zejście dwóch gór nie będzie zatem możliwe
I tylko płyną strumienie jak węże kąśliwe,
I tylko płyną strumienie jak szepty hałaśliwe,
By u ujścia wylać na miasta, zalać solą powodzi -
Tak oto twój sen o nas samotność wielką rodzi.


MOTYLE CHAOSU 2017-09-28

Już jest nadzieja, tańczą motyle, szybują,
Harce z gracją ludziom pokazują,
Barwą własną, piękno natury na płótnie nieba malują
Jak obraz cudny i kolorowy, zachwycone głowy.

Westchnienia i uniesienia jak jedno znaczenie,
W zachwycie skrzą się oczy zielone, oczy niebieskie,
A wiatr gra melodię tęsknoty, miłości brzmienie,
W ruch wprawia liście uschłe od samotności, stawia kreskę.

Już jest nadzieja, tańczą motyle, wirują,
Przeszłość zawieszoną w pajęczynie ukazują
Jak slajd za slajdem. Chaos życia wskazują
Wachlarzem skrzydeł, potem fruną wysoko.

Płacze srebrzystym płomieniem święte oko,
Obmywa skały, obmywa głazy,
Święte stają się gady, święte stają się płazy.
Cisza zapisuje się w myśli głęboko.


MASKA Z KAMIENIA 2017-09-28

Kamienna twarz, cienie jak koty
Prężą swoje grzbiety, zaloty
Samotne do lustra, ucichło miasto,
Toast za przyszłość, upieczone ciasto.

Księżyc figlarnie spogląda na gwiazdy,
Odszukuje miasta w rozkładzie jazdy,
By wybrać się tam jednocześnie z nocą,
By zaświecić z potrojoną nagle mocą.

Kamienna twarz, blaski jak lampiony
Błyszczą kryształami królewskimi,
Szyte suknie ozdobną nicią, srebrzystymi
Niteczkami, a za oknem dąb stary, pochylony.


ZWYCIĘSKA LICZBA 2017-09-27

Liczba wzięta w dłonie
Jak berło, jak władza.
Umieszczona na tronie,
Pozostałe liczby w rzędzie sadza.

Muślin się wygładza
Na srebro, nawet na złoto.
Idąc drogą przez błoto
Tajemnicę zdradza.

Słońce staje się pochodnią,
Oświetlając ciemne zaułki,
Drogę życia przechodniom,
Wzięte z górnej półki.

Liczba wzięta w dłonie
Jak dzida, jak miecz.
Walka trwa, na odsiecz
Przybywa fala z jaskini.

I już gasi ból, cierpienie,
Gasi też szarości,
A labirynty zawiłości
Jak drut, pokrzepienie.


OBECNOŚĆ 2017-09-26

Pod każdym kamieniem
Twoje słowa i dłonie.
Pod każdym spojrzeniem
Kwitną soczyste jabłonie.

Wyczuwalna twa obecność
W snach i na jawie,
To miłość niemalże prawie,
Lecz grzeszna, niespieszna.

Pod każdym cieniem
Twoje słowa i dłonie.
Pod każdym milczeniem
Kwitną smutne jabłonie.

Wyczuwalna twa obecność,
Aż pochodnia serca płonie,
A potem wraca doczesność,
Pozostają tylko nadziei słonie.

Pod każdym zdaniem
Twoje słowa i dłonie.
Pod każdym spaniem
Przemyślenia w ukłonie.

Wyczuwalna twa obecność
Tu i teraz, wtedy i tam,
Pewna niesie się serdeczność,
Lecz jaki scenariusz los pisze nam?


MILCZENIE PRZESZŁOŚCI 2017-09-25

Zamilkła przeszłość, złośliwe wyznanie
Dało koniec historii miłosnej i pierwszej,
Dla niej umierały wiersze,
Lecz i tak nadeszło przykre rozstanie.

Teraz ta cisza siedzi albo leży na tapczanie
I w sufit patrzy, szuka na nim wzorów
Miłości, zażyłości i potęgi kolorów,
Lecz nie przychodzi gorące od szczęść kochanie.

Teraz ta cisza jest wokoło, trwa niezauważona
Tak bardzo, lecz odczuwalna w ramionach,
Odczuwalna w sercu i w myślach; płynie Warta za Wisłą,
A u kaskady wodospadów staje się winoroślą zwisłą.

I milczy przeszłość, i przeszłość milczy,
A jej wzrok ostry, a jej wzrok wilczy
Przeszywa wspomnień sztyletami,
A inaczej mogło stać się między nami...


SZARE PRZEPISY W DNA 2017-09-25

Przepisy ubrane w kubraki milczenia,
Słowa w ramach, a ramy są przeznaczenia
I zakładają kołnierze postępowań dla usztywnienia
Karków i pleców, a nogi dalej mają skrzywienia.

Zatem wędrówka drogą zygzakowatą jak żmija,
Szybkość, czyli prędkość, taśma się przewija
Od końca do początku i od początku się rozwija
Jak dywan perski lub czerwony.

A w świetle szarych lampek widać tylko szkic,
Jeszcze nic, jeszcze nic;
Rozmazana kropla plamę stworzyła na blacie;
Wciąż balans w sferze smutków, myśl o stracie.

W nielocie ćma zastygła jak rzeźba z wosku,
Dziwne to całe DNA na czarnym włosku,
Dziwne, lecz możliwe do odgadnięcia
I może nogi utracą te bolesne zgięcia...


KROPLE SAMOTNOŚCI 2017-09-25

Pada wraz z deszczem samotność szara,
Kamiennymi kroplami o szybę serca uderza,
Zacina z ukosa i w czeluść czarną zmierza,
Jest jak zjawa, jest jak mara.

Nocą przychodzi podwojona, obok siada,
Nogę na nogę zakłada
I nie opuszcza już na krok,
A z oczu deszcz ma tok.

Pada wraz z deszczem samotność potężna,
Kamiennymi kroplami o szybę serca uderza,
Rozdaje pustkę z kieszeni, a pustka mosiężna
Pomiędzy żebrami wystaje; klepsydra czas odmierza...


UWAGA NA PRZESZŁOŚĆ 2017-09-25

Przeszłość spogląda zza firanki westchnienia,
Chciałaby powrócić, chciałaby z całej siły,
Lecz padły strzały nienawiści, serca zabiły
Niewinne, czyste, pierwsze. Smutne zasinienia.

Przeszłość jest piękna jak kobieta i tajemnicza,
Trzeba uważać, bo jest też zwodnicza,
Kusi pięknymi chwilami
I poi powrotów sokami,
Trunkami o zabarwieniu czerwieni,
Jak tęcza potrafi się też mienić.

Przeszłość spogląda zza firanki wspomnienia,
Chciałaby powrócić, chciałaby z całej siły,
Lecz padły strzały z odległości, do mogiły
Strącone serca, co nieśmiertelne, zagroda zapomnienia.

Przeszłość jednak nie da o sobie zapomnieć,
Potrafi o sobie doskonale przypomnieć,
Otworzyć bramy, niedokończone zawiasy
Nasmarować złośliwością i miłością,
Jej matematyka z zera dotkliwością
Przecina spokój duszy. Teraźniejsze czasy.


ŚWIAT Z KASZTANÓW 2017-09-25

Ludziki z kasztanów rzeźbione
Dłutem miłości, w dłoniach pieszczone
Głowy, tułowie, nogi,
Pieszczone ogony i rogi.

Powstają piękne jeże i piękne konie,
Na pastwiska wypuszczane.
Rzeźbią je usta, rzeźbią je dłonie.
Bałwanki jak śniegowe na polanę
Skierowane. Pokolorowane
Cząsteczki atomowe,
Na wystawie już całe gotowe.

Powstają nieidealni ludzie
O niebieskich oczach, z rękoma,
Z kapeluszem na głowie i bez kapelusza,
A uśmiech ich kształtuje, wysusza
Łzy kasztanowe, skleja drewnem
Z zapałek. Rzeźbieni ci ludzie,
Jak jesienne pejzaże są, piękni.

Ludziki z kasztanów rzeźbione
Dłutem miłości, w dłoniach pieszczone
Głowy, tułowie, nogi,
Pieszczone ogony i rogi.


LOT DO GWIAZD 2017-09-24

Niemalże cwałem
Lecieli do gwiazd.

Oddech łapali łapczywie
I pocałunki węży,
Z sykiem rozwija się i pręży
Struna jedna z drugą.

Dłońmi, wzrokiem
Poznawali trzynaście zakamarków
Dusz. Wzdłuż alei grusz
Zakwita namiętność.

Bezsenność.
Myśli odbijają się od ścian,
Pomimo niewiedzy i zadanych ran
Spójność - bezcenność.

Niemalże cwałem
Lecieli do gwiazd.

Na szczycie kilka razy,
Nie spadli mimo tego,
Poiły ich z ust wyrazy,
Odpływali z uśmiechem na twarzy.

Faliste dwie struny
Jak pełne szklanice rumu,
Tańczące spoiwa wśród tłumu
Własnych powodzi, powodzi wzajemnych.

Dwoje ludzi w potajemnych
Czeluściach skryło siebie,
Ciało w ciało schowali,
Swoje myśli i pragnienia.

Z momentem spełnienia
Dotknęli siebie z czułością,
Pocałunek z godnością -
Oboje podążyli do ocalenia.

Niemalże cwałem
Lecieli do gwiazd.


DRUGA MIŁOŚĆ NIEMOŻLIWA 2017-09-24

Przeszłość kąśliwa przyszłość przegania,
Nie pozwala kochać, kochać zabrania,
Taka to z niej żmija i taka pirania,
Teraźniejszość nawet całą roztrwania.

Już limo pod okiem, wielka bania
Sina, szara, krwotoczna.
Zła zjawa anielska i poboczna
Zalewa żółcią świat i na czarno się skłania
Do podszeptów opętania.

Przeszłość kąśliwa przyszłość przegania,
Nie pozwala kochać, kochać zabrania -
Spływa łza za łzą krystaliczną, jasną,
Nadzieja już umiera i jest boleśnie własną.

Już limo pod okiem, wielka śliwa
Fioletu, granatu i czerni,
Już nas nie ma, wierni
Choremu przeznaczeniu - miłość druga, niemożliwa.


PLAMY NA SZYBIE 2017-09-23

Plamy na szybie czerwone,
Już latarnie płoną zapalone,
Wskazują drogę, oświetlają czas.
Widzę skrzywionych nas.

Kamienne żaluzje spuszczone,
Chronią cienie jaskini,
Za głazem wąż syczy i się ślini
Na czystość i na zbrudzenie.

Spada gwiazda na dno, złudzenie
Z blasku tworzy się dziwne,
Coś się stało, ciała sztywne,
Bolesne warg wykrzywienie.

Plamy na szybie czerwone,
Już latarnie ugaszone
Jak twardym palcem knot,
Huk wydał potęgi młot.


RECEPTA NA SZARY DZIEŃ 2017-09-23

Jeszcze w pidżamach ubrany świat,
A pidżamy z szarych chmur utkane.

Sny przepływają jak statki rozbujane
Falą srebrzystą, falą złocistą, lilii kwiat.

Pąki szczęśliwe rumieńce dostają w mgłach
I rozkwitają w bukiecie blasków jak perła.

Kawa na stole zaprasza aromatem,
Otwarte oczy szeroko, rozprawka z tematem.

Poranek, już południe dalej postępuje
W swoją stronę, deszczowa zupa w szarym kotle się gotuje.

Jak przetrwać dzień taki?
Ubrać uśmiech nie byle jaki.


ALEJA KASZTANOWA 2017-09-22

Za rękę trzymając siebie, szli w dal jesienną,
Nucili pieśń podekscytowania jak zakochani,
Przez wiewiórki rude zza drzew obserwowani,
Nieśli myśl gorącą, myśl trochę odmienną.

Aleją kasztanów tak szli, a szli blisko i miło,
Śmiech niósł się ponad drzewa, szczęścia śmiech.
W pocałunkach cali zatraceni, przechodniów pech,
Bo im tak w szczęściu dane iść nie było.

Aleją kasztanów tak szli, szukając piękna
Jesieni i tęczy ust, co czerwienią i złotem się mieni,
Tacy zakochani, tacy stęsknieni siebie wzajemnie -
Kochać jawnie chcą, lecz muszą potajemnie.

Wyszli z alei kasztanowej z pełnym workiem
Wspomnień, miłych chwil.
Puścili swoje ręce, spotkali się z zimnym wtorkiem,
Spłynął z nosa codzienności gil.


W GŁĘBOKICH ROWACH 2017-09-22

Głębokie wykopano rowy,
Wzburzyły się sowy
Kurzem krzyków i snów,
A księżyc jak nów
Jedyny i właściwy
W miejscu niewłaściwym.

W oku zadrą stał się, mściwy
Z niego jeździec przeszłości,
Prawdą, zraniony jak szpadą,
Uznał, że to ona jest wadą.
I już nie jadą w swoje strony,
Już milczą dla swojej obrony,
A serca gnuśne, honorowe
I tylko parę wspomnień,
Co jeszcze kolorowe.

Głębokie wykopano rowy,
Wzburzyły się sowy
Kurzem krzyków i myśli
Drętwych, wstrętnych,
A księżyc cichy i milczący,
I tylko on czoła chylący
Ku czystości w brudzie.

W oku jaskrawości zdumiewające
Na serca, co wołające
O miłość jak dzikusy,
Lecz nie dla nich całusy
Stałe, właściwe,
A tylko myśli dobre i mściwe
Układają się w stos przebaczenia.


ŁZY KAMIENNE 2017-09-22

Łzy kamienne, łzy jak deszcz,
Zimno, ciemno, dreszcz.
A sroka wrzeszczy krzykiem z bólu,
Zawrzało jak w leśnym ulu.

Łzy kamienne, łzy jak krew,
Brudno, smutno, zlew.
A koguty jednookie już nie pieją,
To czasy złe wciąż się dzieją.

Łzy kamienne dlatego płyną,
Słonym smakiem słyną,
Gdy przypadkiem się ich skosztuje;
Lama na lamę z pogardą pluje.

Łzy kamienne dlatego płyną
I płynąć będą, istnienia giną
Łamane jak zapałki na wietrze,
A diabeł nie spocznie dopóty, dopóki całej skóry nie zedrze.

Łzy kamienne, łzy jak mgła,
Zimno, zło na tratwie życia trwa,
Balansując na krawędzi,
Ku piekłu nas pcha.

Łzy kamienne, łzy jak czerń,
Spływają strumieniami niezgody,
W ogrodzie codziennie wyrasta cierń;
Zastygnięci, czekamy lepszej pogody.


WRACAJĄC NA ZIEMIĘ 2017-09-21

Wracając na ziemię, spadłam jak kamień,
Mówią, że milowy, a czy ja wiem?
Być może jawą, być może snem
Objawiają się demony w myślach. Cicha sień.

I będąc już na ziemi, zapisuję nuty muzyczne
Delikatnie, lecz stanowczo w linii kaligrafii;
Jestem jak mgła i rosa na krzyczącej fotografii,
A głośny jest jej krzyk, szepty lasu mogą być dziedziczne.

Wracając na ziemię, spadłam jak liść
W kolorach dostępnej tęczy dla oka, szeroka
Wydałam się niewypowiedzianym słowom,
Lecz na razie nie będę mieszać herbaty sowom.

I będąc już na ziemi, liczę kroki, by iść
Prosta jak drut i skomplikowana jak cebula;
Życie człowieka nie pieści, nie rozczula,
A wskrzesza ze śmierci, daje skorupę kamienia.

Wracając na ziemię, spadłam jak kropla deszczu,
To łza szkaradna jaskiń. A w przewlekłym dreszczu
Odnalazłam ziarno zielone, w dłoniach moich hoduję
Je ze starannością, z miłością. Rośnie jasne, czuję.


SKAFANDER 2017-09-21

Ubieram ciebie w skafander, dłonie kieruję
W twoją stronę, zawód podobny, smakuję
Twoich ust, twoich oczu, twoich słów;
Moglibyśmy sobie chodzić za rękę, aż nów
Nadszedłby księżycowy. Spojrzenia złociste
Jak promienie słońca byłyby wtedy,
Lecz świat domaga się od nas najbielszej kredy
W szkole życia. Zatem ubieram ciebie w skafander
I czule na powitanie, i czule na pożegnanie całuję
Ciebie. A ty uśmiechem rozkwitasz jak oleander.

Chwila. Trudno mi odgadnąć twoją zagadkę,
Coś jest, a czegoś nie ma. Zatrzęsła się ziemia
Niebezpiecznie. Dwa lata uciekły nam jak chomiki
Z klatki. Nie chciały biegać w kołowrotku, tej rytmiki
Nie zniosły. Lecz wzniosły apel nam wygłaszają,
Do bicia serc gorąco zapraszają, namawiają
Z całych sił: a nawet nie wiem, jaki jest kolor oczu twych...
I nie wiem, czy odpowiednio trzymasz mnie w ramionach swych.

Ubieram ciebie w skafander, pocałunki kieruję
W twoje serce i w twoje sumienie, drżenie osiki
W moich myślach. Dotychczasowy czas analizuję,
Po kawałeczku jak tort czekoladowo-wiśniowy smakuję;
Kocham, nie kocham, a może kocham - ja zwariuję;
Zamknięta w pokoju, co mają gumowe ściany,
Teraz tkwię, wegetuję, nadal czuję, ale nie wiem co -
To już pewna równia, właściwie od początku, sto
Minut mam za darmo. Zatrzymaj mnie prawdą.


PRZEPRASZAM, ALE NIE MOGĘ 2017-09-21

Wiejesz do mnie słowem nachalności
Jak wiatr wzbierający na sile,
Targasz mną jak liściem, w mogile
Nie chcę jeszcze się kłaść,
Pozwól mi zatem na ziemię spaść
I nie podnoś mnie, tam mam garstkę godności.

Wiejesz do mnie słowem złości
Jak wiatr wzbierający na sile,
Zasłaniasz swoim posągiem radości
Słońce moje, słońce polskie.
Z dzidą idziesz, w pile
Uruchomiony łańcuch ostry, kości
Moje płoną, gasisz je mieczem słów.

Wiejesz do mnie słowem rozgoryczenia
Jak wiatr wzbierający na sile,
Gdybyś nie targał mną, byłoby milej,
Lecz ty wiesz swoje, masz swoje brzmienia
Z innych zwyczajów wzięte, kwiaty ścięte
Już więdną w wazonie wirtualności -
Nie mogę należeć do twojej miłości.


JAK LIŚĆ 2017-09-20

Przez głowę myśli biegną tabuny,
Krzyczą, dopingują głośno z trybuny,
By przed ołtarze już iść,
A ja spadam jak z drzewa liść.

Jesień mnie ogarnia i przytula,
W sercu wiatr chaosu jeszcze hula,
Jeszcze nie znam odpowiedzi
I siedzę jak ten kruk na miedzi.

W każdej chwili gotowa do odlotu
W ciepłe kraje,
Tam, gdzie całoroczne są maje;
Miłość? Nie spodziewałam się takiego zdarzeń splotu.

Przez głowę myśli biegną tabuny,
Krzyczą, dopingują głośno z trybuny,
By przed ołtarze już iść,
A ja spadam jak z drzewa liść.


PAŹ KRÓLOWEJ 2017-09-20

Motyl, paź królowej podobno,
Prezentował swoje kolory
Na jaskrawości kwiatów w ogrodzie,
Odleciał, gdy zrobiło się chłodno,
Może jutro znów pokaże swoje walory.

Motyl, paź królowej podobno,
Prezentował siebie przede mną,
Prezentował siebie z gracją, wykwintnie
Na kwiatach dojrzałych kolorystycznie,
Zrobiło się pięknie i magicznie.

Motyl, paź królowej podobno,
Odleciał, gdy zrobiło się chłodno,
Zaprezentował się i odleciał -
Wspomnienie teraz piękne mam;
Może jutro spotkać się będzie dane jeszcze nam.


PORA 2017-09-20

Już parują formaliny, rozrośnięte krzewy,
Myśli stare jak świat podsyłają mewy
Tejże nocy, spać wypadałoby iść teraz,
Lecz nie tak prędko, kopuły twarde nieraz.

A w ciszach, co z pozoru są tylko ciszą,
Statki stalowe na fali dnia jeszcze się kołyszą
I bujają dla zabawy, dla przetrwania.
Jak ogarnąć posągi wysokie trzymania?

Ślina płynem niezdecydowania w gardle jak igła,
Wbija się myśl, to gwóźdź do poprawności;
Jeszcze kilkadziesiąt lat do końca przydatności;
Ruszają z pełną mocą ptaka białego śmigła.

To zaczyna się lot w obszary nieznane, ułudne.
Błoto pochlapało szybę duszy, teraz szyby brudne,
Na myjnię odpoczynku oddać pojazd trzeba;
Lot na skrzydłach czystych wprost do nieba.


ODMIENNE DRESZCZE 2017-09-20

Wiatry zza granicy kraju dmuchające,
Inne świeci słońce,
Inne padają deszcze,
Odmienne przechodzą nas dreszcze.

Mnie z chłodu, ciebie z rozkoszy,
Chcesz mej twarzy, chcesz mych oczu,
A ja płaczę nad grobem, płaczą wrzosy
Wzdłuż szeregu kamieni na życia zboczu.

Wiatry zza granicy kraju wygrywające
Melodię bogactwa i biedy melodię;
Ja piszę dramat, a ty pełną parodię
Naszych skrzywień - palce masz szalejące.

Jestem odbiciem cienia, ty zaćmienia
Trzymasz w dłoniach, kochasz z dala.
Jesteś, a ja odpływam prędko jak fala,
By powrócić z ciepłym słowem w strumieniach.

Wiatry zza granicy kraju dmuchające,
Inne świeci słońce,
Inne padają deszcze,
Odmienne przechodzą nas dreszcze.


ZAMAZANE I WYRAŹNE OBRAZY 2017-09-20

Zamazują się obrazy jakby pędzlem z włosia,
Mgliste muchy w nosie samotnego łosia,
A za oknem miecze błękitu z mieczami złota
Krzyżują się na znak walki - deszczem pluje słota.

Lecz nie wolno się poddawać, wolno przystawać
Na chwilę w momencie ciszy i zadumy,
Już widzę kwiat nadziei piękny, już idą tłumy
Misterne, wielkie, ludzkie - duszy nie będą oddawać.

Wrogowie czekają za plecami, trzymają noże.
Nie wolno stracić czujności, bo założą obrożę,
By słowa nigdy więcej nie przedostały się do marzeń;
W ciszy rozliczenie wszystkich zdarzeń.

Wyraźne stają się obrazy jakby w siedem D malowane,
Serca nie pękną od razu, czerwienią i czernią kolorowane
Jak obrazki z dzieciństwa. Szanse jak puzzle składane -
Element po elemencie. Już widzę nas w bliskim firmamencie.


BURSZTYNY WESTCHNIEŃ 2017-09-20

Bursztyny westchnień na półce z przeszłością,
Ostatnia łza ze smutkiem w otoczce,
To pożegnanie w nadziei zatoczce,
Ostatni marsz przed siebie razem, z godnością.

Tęczowe pióro, brak atramentu już w nim,
Skończone sny, skończone sny
O miłości pierwszej, o miłości niewinnej;
Czas doczesności zwykłej, samotnej, płynnej.

Bursztyny westchnień na półce z przeszłością,
Ostatnie słowo wychylone ku przestrzeni,
Lecz nic to już nie zmieni, już nie zmieni;
Pożegnanie wraz z nadejściem chłodnej jesieni.


ARCYDZIEŁA NIECO MATEMATYCZNE 2017-09-20

Liczby wyryte w papierze z drewna, z wielką starannością
Wyryte i zapisane piórem nadziei, ze stanowczością
Żółwia jeszcze młodego, ale już poniekąd starego -
On nadal idzie, maraton życia trwa, parę metrów do punktu ostatniego.

Zasady ubrane w ramki, skatalogowane pod pewnymi nazwami,
A nazwy pokrętne jak wijący się bluszcz zielony,
Obopólność, zawsze dwie strony
I ich zgoda na pakt niewoli oraz wolności, ślina spływa szeptami.

Liczby wyryte w papierze z drewna, z wielką starannością
Wyrzeźbione, wyrzeźbione jak arcydzieła mistrzów sztywnych -
To fakty w całej swej istocie, ich strumień, co płynie z godnością
Ku ziemiom obiecanym. Pożegnanie z czasem prymitywnych.


STRUP NIEDZIELNY 2017-09-18

Jeszcze boli strup niedzielny, jeszcze krwawi
Fontanną myśli i pragnień, rozlewa się dookoła,
Wzbija się i opada jak w locie sokoła.
A przeszłość w luksusach i wygodzie się pławi.

Kto żywy, kto żwawy, niech ucieka, niech nie zwleka.
Przyjdzie moment pokutny, zatopi smutków rzeka
Jeszcze raz i jeszcze razy dwa. Wciąż ta boleści mgła
Rozpościera się nad polami rzeczywistości.

Tęsknota rozdziera serce na pół i tysiąc kawałeczków,
Nie ma większych szans na szczęście, blade pojęcie
Jeszcze bardziej wypłowiało. Ropienie międzygwiezdne,
A księżyc stracił słowa jak drzewo liście.

Jeszcze boli strup niedzielny, jeszcze krwawi
Fontanną westchnień i niemocy, spłakane oczy,
A tu już cisza głęboka dumnie ku przodowi kroczy;
Może kiedyś to serce ze stali prawdziwy cud sprawi.


FAŁSZYWA RELIGIA 2017-09-18

Macki fałszywej religii sięgają
Przez całe miasto, za gardło ściskają
Jak ręce mordercy, jak ręce psychopaty,
Skrzyżowały się nieparzyste daty.

Trudność w oddechu, ślina zastyga
Od religii i od grzechu, gwiazda miga
Fałszywym światłem świętości,
Modlitwy codziennością, maczugą podłości
Zadano dobru cios w głowę.

Siekiera w ruch, serce rozpadło się na połowę,
A potem jak porcelana na kawałeczki,
To religii wbijane są szpileczki
Pomiędzy zdania, słowem
Wytrawnym nie da się określić sytuacji.

Macki fałszywej religii sięgają
Przez całe miasto, duszą i zabijają
Jak węże, śmierć niosą ogromną,
W oczach nienawiść, wojny o ofiary się upomną.


WYSCHNIE ŁZA 2017-09-18

Jeszcze nie cichną fanfary zła,
Nad miastem rozciąga się mgła
Długa i rozłożysta,
Spada łza przejrzysta, łza wodnista.

Przed oczami wizja Boga lub szatana,
Co rzuca na twarz, co rzuca na kolana
I obdziera z warstw kolejnych cebulę
Istnienia. Nie ma dziś zbawienia.

Śmierć na krzyżu, śmierć na kamieniu
Ropuchy, co mogła być księżniczką.
Spadają łzy, płyną w wartkim strumieniu
Do przyszłości, kość potężna nicości.

Kiedyś ucichną fanfary zła,
Z nad miasta zejdzie mgła
Długa i rozłożysta,
Wyschnie łza przejrzysta, łza wodnista.


NIEUDANA KOLEJNA PRÓBA 2017-09-18

Próbowała, chciała
Szczęścia dla was,
Lecz zły czas, zły las
Wypowiada tajemnice
Rozstania na głos.

Aż dęba staje włos
I nocą umiera wrzos,
By powitać kolejny świt samotny,
Płyną łzy, czas to markotny.

Próbowała, chciała
Zbudować coś pięknego,
Lecz wyrzucono ją za drzwi,
Teraz moknie, teraz grzmi
Burza w jej sercu, złe sny.

Już nic, już cisza, już samotność
Wita was z otwartymi ramionami,
Znów rozdzieleni, znów między wami
Ból i rozczarowanie. Nie ma sił więcej...


PIWNICA ZGORSZENIA 2017-09-18

Znalazła ciebie w ciemnej piwnicy,
Tam czas inaczej się liczy,
Jakby wolniej i przyjemniej...

Cała magia w pocałunku
Skryta przed światem -
Coś zaiskrzyło z tematem
Spotkania odwrotnego.

Kochać na całego
Chcą nasze serca,
Lecz nie umieją,
Boją się rozpadu...

Znalazła ciebie w ciemnej piwnicy,
Tam czas inaczej się liczy,
Jakby wolniej i przyjemniej...


ROZKAZ TWOJEJ MATKI 2017-09-18

Spływają łzy, prawda już bez maski.
Chciałam ciebie kochać, lecz łaski
Nie spływają na ciebie, ani na mnie.
Twoja rodzicielka odpędza starannie
Potencjalną twoją małżonkę;
Rozkaz od niej, by iść z tobą na stronkę
I wręczyć ci wilczy bilet, to jak sztylet
Wbity prosto w serce i w duszę;
Zmusić do ślubu albo zerwać z tobą dziś muszę.

To pragnienie twojej matki gorące.

Spływają łzy, parzy złociste słońce
W twarz, w głowę, w przeznaczenie.
Czuję, jak odpływamy od siebie daleko
Na oddzielnych już krach.
Chciałam, myślałam, że będzie dach
Dla nas oboje, że rodzinę stworzymy,
Lecz coraz mniej czasu, chyba nie zdążymy
Zakochać się w sobie na dobre i na złe.

Twoja matka nakłada nam na serca mgłę.

To mgła rozstania, to mgła zaprzestania.
Deja vu. Przeżyłam to już kiedyś, dawniej.
Teraz ani wtedy nie było zabawniej -
Uśpienie potencjalnego wroga dobrą gadką,
Miłą gościną, a  prawdziwość myśli zagadką
Jest dla oczu błękitnych. Słów wybitnych
Nie potrzeba nam, być może zostaniesz sam -
Rozkaz zabicia ciebie mam,
Lecz nie jestem morderczynią, więc cię nie zabiję,
Jedynie ostatni raz z kielicha twoich ust miłość wypiję...

Twoja matka chce naszego końca. Co teraz?


UPADŁE ANIOŁY 2017-09-18

Anioły prawdy, przyzwoitości i zgarbienia
Spływają jak łza bolesna, łza deszczowa po szybie.
Anioły jasne od czerni nożem sumienia
Kaleczą, rozrywają wręcz na strzępy, parol na nią dybie.

Na dziewczynę o dobrym sercu, o dobrej woli;
Cios od anioła uśmierca ją powoli, aż boli
Każdy następny oddech, każdy następny dzień,
Zasnuwa ją czarny jak smoła cień...

Anioły prawdy, rozstania i obłudy
Spływają jak łza bolesna, poranna, wczesna.
Są to upadłe anioły, upadłe do ziemi samej,
Wyrzucają ją poza życie, bo nie upadła jak one...

Wybija godzinę dzwon, wybija godzinę dzwon,
Żałobny jego szept, żałobny jego ton -
To umiera miłość, która dopiero się rodzi -
W piekle szatan fałszywą pieśnią o swych aniołach się rozwodzi.


ŚMIERĆ STANDARDÓW 2017-09-17

Przebite standardy nożem przebudzenia,
Krwawią smutkiem głębokie zranienia
I jakąś odrazą śliską, i jakąś niechęcią
Do świata za oknem. Łzy płyną suche okropne.

Plaster kofeiny naklejany z rana na rany,
Noc odeszła, a człowiek jeszcze pijany
Snem, jaźń odwrócenia rozbłyski śle -
Omamy malują się na przezroczystym szkle.

A na dnie studni w głębi ogrodu leżą kamienie,
Krwawią smutkiem, płaczą wilgocią, zastygają.
Do powiedzenia nic już nie mają -
Była pełnia, a potem nadeszło księżyca zaćmienie.

Szamocze się wewnątrz swoich labiryntów sumienie,
Śmierć standardów nastąpiła przez zranienie
Głębokie nożem. Jeszcze chwila, a założą obrożę
Na pysk i na twarz. Jeszcze jeden plaster z kofeiny.

Na nic korale z jarzębiny, na nic talizmany ze słońca.
Idzie wciąż jak staruszka zgarbiona, jak osika drżąca,
A jej droga kręta, falująca wśród życia srogiego.
Całe czarne serce, ciszą płaczącej, dziewczyny.


JENDOŚĆ 2017-09-16

Spijają siebie jak najdroższy trunek,
Dotykiem rzeźbią niebo, pocałunek
Jak malina i jak jagoda w smaku,
Kochają siebie w dresie i we fraku.

Z każdym kęsem stają się nocy
Istotami, wampirami. Tysiąc mocy
W muśnięciach, w dotknięciach
Aksamitu, splecione ze sobą dłonie.

Aż wzdychają grusze, wzdychają jabłonie.
Ich owoc taki słodki i taki soczysty,
Rozmowa niewerbalna w języku ojczystym,
Aż pochodnia żywą czerwienią płonie.

Zażywają siebie jak najczystszą kokainę,
W szczęściu unoszą się ponad dolinę
I szczytami nie tylko Himalajów wędrują -
Mają dwa ciała, a jak jedno się czują...


KU SNOM 2017-09-16

Już cichną mowy, już cichną głosy,
Kładą się do snu ludzie i wrzosy.

Oddając oddech do szuflady w zapisie,
Błyszczą gwiazdy w nocy wyraźnym zarysie
I migoczą nad głowami bez czułości,
I szeptanie w tle, to szepty do miłości.

Już cichną mowy, już cichną głosy,
Kładą się do snu ludzie i wrzosy.


DWIE PRAWDY 2017-09-15

W zaułkach prawdy kryją się wielkie i ciche,
Idą w butach, co dziurawe i liche,
Ścieżkami błotnistych zasad i matematyki jawnej,
Ich metą jednostka o rzeczywistości sprawnej.

Czy są zatem jakieś szanse na tęczę i na słońce
Po burzy, po tej wielkiej burzy
Wzdłuż dolin i wzdłuż wzgórz? Uśmiech krzywej róży
Rozświetla płacz niebieski, skraca gałęzi końce.

W zaułkach prawdy kryją się ciche i wielkie,
Są jak posągi i jak słupy przydrożne,
Wskazują drogę wskazaniem palca na wszelkie
Oczywistości, lecz chwilę to zajmuje.

Zatem dobrze, iż prawda prawdę drugą całuje
W policzek, w czoło i w serca środek złoty.
Schwycone razem w bukiet - każda inaczej smakuje,
Lecz niesie w sobie szansę, że skończą się kłopoty.


PRZESTRZENIE CISZ 2017-09-15

Przestrzenie cisz: teraz a wtedy,
Podniosłabym kawałek kredy
Białej, śnieżnej, czystej,
Lecz odczytuję słowa w linii mglistej.

Przekazujesz mi w nich złudzenie
Kochania, co nie było nim, a jednak było,
Serce o sercu czerwone i różowe sny śniło,
A dziś dal nas oddziela, martwe skojarzenie.

Przestrzenie cisz: wtedy a teraz,
Dałabym ci radość i sobie bym ją dała,
Lecz to błąd i nie błąd, zadziera
Nos sam się do góry, jesteśmy jak szczury.

Gryziemy siebie, gryziemy przestrzenie,
Co rozdzieliły nas bez mrugnięcia okiem.
Czas jest upływającym potokiem -
A my wciąż rozmawiamy ze swoim sumieniem.

Przestrzenie cisz: ani teraz, ani wtedy,
Nie podniosę białej kredy,
Nie damy sobie radości, kość samotności
Wciąż wystaje spod cienkiej skóry. I chmury.

Deszczowe chmury, płaczliwe chmury,
Lecz tak może powinno być:
Nie razem, a oddzielnie śnić
Będzie bezpieczniej, mniej boleśnie...


BUKIET MIŁOŚCI, A SAMOTNOŚĆ PRAWDZIWA 2017-09-14

Szare twarze i twarze złote,
Za oknem drzewa ubrane w słotę
Odpychają strumień łez, samotność
Jak potok płynie i rwie serca, okropność.

Tysiące miłości i wiatrów tysiące,
A to już jesień schowała słońce
Do kieszeni, nie chce się nim dzielić,
Tylko gasi pochodnię czekaniem.

Szare twarze i twarze ze srebra,
Za oknem kikuty, za oknem żebra
Jak pnie czarne czy brązowe;
Coś przestraszyło sowę.

Tysiące miłości i wiatrów tysiące,
Obietnice lasu i kwiatów na łące,
Lecz bluszcz się dziko plącze
I rozsiewa samotność rzeczywistą.


GORĄCE, HISZPAŃSKIE SŁOŃCE 2017-09-14

Gorące, hiszpańskie słońce.
Przy basenie i na łące
Wśród kwiatów miłości
Kocha ją słowem czułości.

Gorące, hiszpańskie słońce.
Tam i tu szuka jej w snach,
Kocha ją w swych dłoniach
Na zawsze i w sercu swoim.

Gorące, hiszpańskie słońce.
Tam i tu szuka jej na jawie,
Dotknął ją już prawie, dotknął,
O jej piękno się potknął.

Gorące, hiszpańskie słońce.
Tam i tu widzi ją zmysłową,
Jak tęcza kolorową, w twarzy
Jej się zakochał, o niej marzy.

Gorące, hiszpańskie słońce.
Tam i tu kocha ją naprawdę,
Obietnice z serca całego
Dla niej, dla nich, początki i końce.

Gorące, hiszpańskie słońce.
Tam i tu westchnienia płyną
Z uśmiechem i wesołą miną,
Bez słów rozmowa. Kocha ją.

Gorące, hiszpańskie słońce.
Przy basenie i na łące
Wśród kwiatów miłości
Kocha ją fantazją namiętności.


STRUNY PRAWIDEŁ 2017-09-13

Struny prawideł, kamienne kręgi
Na polu ze zbożem starań, falistość.
Ściany barwne, okna i deszczu pręgi
Jak jedność. Myśl i jej swoistość.

Strumienie liczb mieniące się w słońcu
Szarym od chmur jesieni, w kieszeni
Drobne miedziaki, grosiki na końcu
Drogi, ścieżki, chodnika. Ktoś o coś pyta.

Tym kimś jest nuta, ubrana w melancholię.
Dźwięk kieliszków z winem wytrawnym
Jest melodią nadziei, ruchem wprawnym,
Toastem zrywa czarne kaptury, jednorazową folię.

Struny prawideł, ramy obrazów do odmalowania
Farbą przeznaczenia i farbą tęczowych myśli;
Trzymając pędzel wiary, idąc w dal, a sen się ziści
Jeszcze przed północą - jasność świtania.


ZŁAPAŁAM CIEBIE 2017-09-13

Złapałam ciebie jak ćmę i jak motyla,
Drzwi przeszłości wciąż uchylam
I zaglądam przez szparę - widzę nadzieję i wiarę
Na moment powrotu, słoneczna chwila.

Złapałam ciebie jak żuka i jak stonkę,
Usuwam zbędną z wspomnień błonkę
I uśmiechem teraźniejszości określam metę;
Czy taką pragniesz kochać kobietę?

Złapałam ciebie jak myśl ulotną i jak zjawę
Ze snów. Niosę lęk i strach w koszyku, a obawę
O szczęście i o przeżycie pod ramieniem;
Snujesz się między moim blaskiem i moim cieniem.

Złapałam ciebie jak byka za rogi, wysokie progi
Pokonuję, myślę, planuję; w posąg się zamieniam,
W ciszę, w zadumę, w westchnienie. Spojrzenie
Na stokrotność spotkania. Smutkiem kruchość doznania.

Złapałam ciebie jak gwiazdę i jak księżyc na lasso;
Wyrywasz się przemijaniem, wyrywasz się jak dziki koń;
Znów ciebie łapię pocałunkiem, ciepła twa dłoń,
Co pieści mój policzek jest lassem na mnie.

Złapałam ciebie jak sen, złapałam ciebie jak jawę
Na życie i na szczęście, na cierpienie i na zabawę.
Popiół powstały z przemyśleń. Ogień pragnienia
Zapala się pochodnią miłości - prawda czy złudzenia?


BLUZA 2017-09-13

Pędem stają się ludzi bukiety,
Całe ich naręcza.

Ktoś zgubił bluzę, leży
Jak człowiek ranny,
Jak człowiek bezbronny.

Ktoś znalazł bluzę, uśmiech
Złocisty, szczery; grzech -
To nie jego ta bluza.

Pędem stają się ludzi bukiety,
Całe ich naręcza.

Ktoś zgubił bluzę, leży
Jak kawałek drewna,
Jak kawałek plastiku.

Ktoś znalazł bluzę, moc
Wzrosła czysta; mglista
Chwila zniknęła, właściciel.

Pędem stają się ludzi bukiety,
Całe ich naręcza.


FONTANNA 2017-09-13

Jak ośmiornica z kryształów, z drobinek
Czasu stworzona, rozpościera ramiona
Szeroko i mieni się blaskiem, razi oko
Człowieka, napaja jego oko, głęboko
W duszę wchodzi, serce szare ozdabia
Jak klejnot cenny, jak korale lśniące.

Mieni się, cudne kropelki tańczące
Rozrzuca dookoła siebie. Wiatr
Jak grzebień rozczesuje jej włosy
Przejrzyste. Bawi się z przechodniem
W gry zgrabne, w gry cieniste
I odsłania sny, co nagością migoczące.

Błyszczy jak gwiazda, co wzeszła jaskrawa.
Śmieje się, to dla niej wspaniała zabawa
I szemrze, i pluje, i masaż wprowadza
Delikatnością chłodu. Nie czuje głodu.
Dumna, dystyngowana jak księżna, jak dama
Dworu i księżyca. Piękna, cała zachwyca.

Jak ośmiornica z kryształów, z drobinek
Czasu stworzona, rozpościera ramiona,
Rozpościera skrzydła jedwabiste, cudne,
Jej opowieści nie mogą, nie są nudne;
W jej źrenicach odbijam się jak w lustrze;
Łapię ją w dłonie, małą kropelkę chronię.


ZIELONA PRZESZŁOŚĆ 2017-09-13

Warkocz zaplotłam zieleni z błękitem,
Pomieszałam chmury z fal aksamitem
Jeziora, wtedy był czas miłości, sprytem
Dudniło serce do serca, a dudniło szczęścia melodię.

Zielone pagórki, zielone ogrody,
Na skrzydłach myśli lot wstecz
Do domu dawnego, jęzory błękitne wody,
Westchnienie cudne. Powitana przez mlecz.

Słonecznik sąsiada, ukłon serdeczny,
Czas namalował zarost z zarośli,
Tam, właśnie tam byliśmy wzniośli
I piękni, i młodzi, płynęliśmy łodzią po powodzi.

Dziś ciszą wykonałam szkic tamtej przeszłości,
Zielonej, błękitnej, magicznej
Jak gwiazdy i księżyc, co patrzyły na me dłonie -
Jeszcze dziś w oczach widzę kochające się jabłonie.

Warkocz zaplotłam błękitu z zielenią,
Dzikość krzewów, dzikość traw -
Moje motyle w pełni cenią
Tamten czas, a to czas był radości.


POCZĄTEK DNIA 2017-09-12

Kawa w szklanicy, świt nowy
Skłania się ku zadaniom
Do wykonania. Trzeba iść,
Wędrówce towarzyszy spadający liść.

Jak smutno, gdy ten liść spada
Z drzewa rodzimego. To jesień zapowiada
I zimę w kolejności nadejścia.
Cztery pory roku zawsze do przejścia.

Jak smutno, gdy cisza dopada
Jak truteń, jak rzep i jak non grata,
Na oknie, za którym świat, krata
Wolność ogranicza, dzień zlicza
Na liczydle kolejny.

Kawa w szklanicy, świt nowy
Skłania się ku zadaniom
Do wykonania. Chwila śniadania
Naprędce. Trzeba iść,
Spadł na chodnik kolorowy liść.


NIEWAŻNE 2017-09-11

Nieważne zwodnicze myśli, sny zwodnicze.
Droga... jaskinie dawnych lat... tajemnicze
Kamienie. Nieważne, choć poważne
Z zasady są te myśli, co odważne.

Nieważne szepty tłumne, krzyki wysokie.
Korzenie... podziemne plany życia głębokie
Jak oceany, jak morza, jak deszcz i jego łza.
Nieważne, choć poważne w chwili, gdy drży mgła.

Nieważne tysiące cyfr i cyfr złote miliony.
Bogactwo inne. Winorośl oplata serce jak mur,
Tworzy lśniące korony, naturalne korony.
Nieważne, choć poważne błyszczenie mamony, sznur.

Nieważne zatrute strzały jadem, ani układ za układem.
Bogowie inni. Śmiertelnicy inni. Wyciągamy szpadę,
Walczymy jak rycerze wykwintni. Z granatów twór
Usłany. To nieważne, choć poważne wśród chmur.

Nieważne późne godziny, wczesne powiek otwieranie.
Wiosna nadejdzie, a zimą pełną zacznie się zakwitanie
Kolorów w motylach. Czas. I szepty niesione przez las.
Nieważne, choć poważne prawdy w nas.

Nieważne bóle i poty, oddechu wstrzymywanie na trochę.
Zakwitamy wszyscy jak kwiaty lub usychamy niepodlewani.
Piękni i silni jak drzewa, i jak drzewa krzywi, powyginani -
To nieważne, choć poważne, zanim staniemy się kurzem, prochem.


KROGULEC NIESTRASZNY 2017-09-10

Krogulec już zaginał parol
Na los, na ludzi. Nie obudzi
Ich już żaden trzos. Włos
Nagle spadł, krogulec zbladł.

I zaczęła się draka, afera, burza
Jak w szklance wody z przysłowia,
I zaczęła się draka, afera, duża
Dysputa na tematy białe, tematy czarne.

O kościotrupach, o maskach
I o występowaniu w teatrach,
O chłodach i o wiatrach
Oraz o chamstwa trzaskach.

Krogulec pobudzony jak po amfetaminie,
W źrenicach jego i w jego minie
Czarna krew jak rzeka płynie.
Niezły z niego handlarz ułudą.

Kilku zwycięzców, jeden piedestał -
Jak podzielić włos na cztery części,
Spada liść z drzewa, wiruje, pięści
Prawo nie powinno mieć zastosowania.

Droga hamowania, do momentu zatrzymania
Groza w oczach, skamieliny, proch,
Już do modlitwy dłonie w figurze składania
Są stożkiem. Ciemno, zimno, loch.

Krogulec już zaginał parol
Na los, na ludzi. Nie obudzi
Ich żaden trzos. Włos
Nagle spadł, krogulec zbladł.

Droga kamienna i kręta, lecz prosta,
Nie straszna już dżdżu chłosta ni zimna.
W dłoni trzymana tęcza jak bukiet polny
I choć krok taki cichy, taki powolny,

Stanie się meta, przerwanie wstęgi
Myślą i uczynkiem, a obcęgi
Prawdy, nadziei, wiary
Wytną z kartki papieru różowe okulary.


DOJDZIEMY DO ITAKI 2017-09-10

Zagięty parol losu,
Środek chaosu
Niczym z dna studni,
A echo wciąż dudni.

Patrzymy, nagle Itaka
Maluje się nam jak pejzaż
Piękny, wspaniały;
Nie Itaka to już świat za mały.

Idziemy, idziemy do Itaki,
Na nogach buty, na plecach plecaki
Wypełnione: wodą w menażkach,
Konserwą i uśmiechem szerokim takim.

Zagięty parol losu
Wyprostowany jak drut,
Już nie uwiera but
Tak mocno, tak boleśnie.

Dojdziemy: może późno, może wcześnie,
Lecz dojdziemy do Itaki
I będziemy mieć uśmiech szeroki taki,
A latarnia, co przyświeca drogę, już nam nie zgaśnie.


OCH DO KOCHANKA 2017-09-09

Och, kochanku winylowy i wirtualny jednocześnie,
Przychodzisz i odchodzisz, jesteś jak przypływ i odpływ nocą,
Dniem zbyt późno i zbyt wcześnie
Świecisz jak światło szarości, jesteś niszczycielską mocą.

Och, kochanku telefoniczny i elektroniczny jednako,
Na cóż ci moja miłość, gdy czasu na nią ci brak?
Czekałam... siwy włos. Teraz wolna jak ptak
Szybuje niebiosami własnych marzeń. Piję nektar wrażeń.

Och, kochanku weekendowy, zbyt obcy
Jeszcze dla róży. A róża jak czystość, cała biała;
Tylko te dwie czarne blizny szpecą ją w oczach twoich,
Więc nie ocierasz jej łez, nie wskrzeszasz jej do życia.

Och, kochanku indywidualny nadmiernie i skryty
We własnych skałach przemyśleń, w murze odrębności,
Na cóż ci wyrazy czerwonej jej miłości,
Skoro jesteś mglisty, znikający, rozmyty?

Och, kochanku jedwabisty i aluminiowy zarazem,
Jesteś jak dom w oddali, do którego nie można dojść,
Jesteś słowem, chwilą, skowronkiem, pejzażem - obrazem
Tego, co mogłoby się wydarzyć, gdybyś był całym sobą.

Och, kochanku z własnego świata i po trosze z mojego,
Nie zadam ci nigdy pytania: po co, czy dlaczego?
Znam odpowiedź, nieme twe usta już mi powiedziały,
Że nasze serca nie są głupie, zmysłów nie postradały.

Och, kochanku gadatliwy i nieznajomy jeszcze,
Przechodzą w samotności dreszcze
Zimna i tęsknoty, choć to nie zimno i nie tęsknota -
Tylko ta jesień: kolory i słota.


KIELICHY MĄDROŚCI 2017-09-09

Kielichy mądrości napełniane mową
Trochę bełkotliwą, trochę zgrabną,
W fartuchu jak w sukni powabną
Sylwetkę ukazała iskra z głową.

Czystym językiem fascynacji kreśliła
Wyrazy i całe zdania. Zadania
Układała jak puzzle - bez problemu,
A potem zaczerwieniła się jak słoik dżemu.

Na słodkim blacie przemyśleń
Ujęła pąk istnienia, w toku strumienia
Słów siała ziarno mądrości, napełniane
Kielichy mądrości pulsowały pełne.

I migotały jak te księżyce, i jak te gwiazdy
Strudzone, zarazem szczęśliwe i jasne...
Słowami stworzyła korytarze ciasne,
Po których przechadzają się zbrodniarze.

Kielichy mądrości napełniane słowami
I naukami. Dla rzemieślników to magia
Czarna i biała. A między drzewami
Z betonu sieje się cisza, sieje się z wiatru.

Zaproszono aktorów do teatru, aby
Zagrali swoją rolę życia. Jak ropuchy i żaby
Zaczęli kumkać, zaczęli skakać i pływać;
Wers po wersie będą niemi rozpisywać;

A za zasłoną dziesięciu masek tli się wrażliwość,
Otwarte drzwi - możliwość
Na wyjście z labiryntu krętych dróg -
Zaświeciło słońce, to uśmiecha się Pan Bóg.


ZNALAZŁAM CIEBIE W ZAGRODZIE 2017-09-08

Znalazłam ciebie w zaciszu zagrody,
Zbierałeś jabłka, zbierałeś jagody.

Urodziłeś się w ostatnim momencie,
Nie na prostej drodze, a na zakręcie.

Podarowałam ci czerwony balonik,
Podarowałam ci wiśniowy batonik.

Życzenia złożyłam jak najlepsze,
Teraz tulę cię w ukochanym swetrze.

Znalazłam ciebie w zaciszu zagrody,
Zbierałeś jabłka, zbierałeś jagody.

A teraz na dobranoc szepczę ci słowa
Ciepłe jak słońce, snów pełna głowa.


KULA ŚNIEGOWA 2017-09-08

Zamknięte w kuli śniegowej myśli
Wszechświata, data w pogoni za datą
Mkną jak szybowce, mkną jak błyskawice,
Rodzą się, a potem umierają dziewice.

Jakieś oszustwo w tle, zaproszono mgłę
Szarą, łzę szarą wywołano odejściem,
Między przestrzenią a przestrzenią jest przejście
Jeszcze do innego życia, jeszcze nie jest zbyt późno.

Zapalona świeca płonie jak żywe istnienie,
Cisza mknie na koniu marzeń w śniegowej kuli,
Popadają myśli we wzajemne iskrzenie,
A potem spalają ogniem las czarnych bóli.

Oczy i usta współgrają ze sobą w niebieskim
Układzie wszechświata i tylko data goni datę,
Wszystkie pędzą jak szybowce i błyskawice;
Spadła kropla biała, zastygły białe źrenice.


SKRZYDŁA NOCY 2017-09-07

Trzepotanie skrzydeł nocy słyszę,
Kreślę wyrazy, wyrazy piszę
Na kartce, na szybie, na drewnie -

A ty ciszę tworzysz jasną, pewnie
To nam przeznaczone.

Trzepotanie skrzydeł nocy słyszę,
Łapię ćmę, lot myśli, wypuszczam ćmę
Ku wolności, ku jutrzence.

A ty wspomnienie tworzysz żywe, w łazience
Widzę odbicie twarzy.

Trzepotanie skrzydeł nocy słyszę,
W wazonie kwitną długopisy różnorakie,
Życzę dobrych snów, dobrych snów.

A ty oczekiwaniem na odejście jesteś, znów
Plączą mi się słowa.

Pękła porcelana, serca połowa
To pękła, ta tęczowa, ta piękna,
Zatem dobranoc stokrotne.


ELEMENTY Z INNYCH UKŁADANEK 2017-09-07

Dwa elementy, dwa klocki,
Lecz chyba z innych układanek.

Cisza schowana za rzędem firanek
Nie powoduje ruchu falbanek
Białych, czystych, zwykłych.
Nie ma wiadomości żadnych, żadnych.

Dwa elementy, dwa klocki,
Lecz chyba z innych układanek.

Z ciszą nie prowadzi się pogadanek
Na temat złego dopasowania,
Ona odpowie tylko echem
Minionych dni, minionych nocy.

Dwa elementy, dwa klocki,
Lecz chyba z innych układanek.

Do ciszy można przytulić się mocno,
Ogrzać zastygłego motyla.
Na wpół przymknięte powieki
Produkują wizję owocną; ukochaj mocno.

Dwa elementy, dwa klocki,
Lecz chyba z innych układanek.


W LUSTRZE 2017-09-07

Szelest tafli lustra, ślę słowa ku drugiej stronie:
Siada dziewczyna na krześle, uśmiecha się, składa dłonie
Jak do przywitania, mówi coś do mnie, lecz niewyraźnie...
Mówisz do mnie? Dziwię się. Mówisz, poważnie?

A ona uśmiecha się i macha ręką, otwiera usta odważnie
I wypowiada słowa, znów słyszę niewyraźnie...
Wyciąga do mnie dłoń jak do przyjaciółki, a ja dziwię się,
Podaję jej swoją dłoń, lecz nikt nie chwyta mnie za nią...

Szelest tafli lustra, ślę słowa ku drugiej stronie:
Wstaje dziewczyna z krzesła, przechadza się po pokoju jak paw dumny,
Spogląda ku mnie, jakbyśmy znały się od lat -
Wskazuje palcem na szereg zalet i szereg wad.

Wstaję mimowolnie, zaczynam ją naśladować
Jak starszą siostrę, która mogłaby być naprawdę,
Siadam, myślę, że mam już ostrą jazdę
I wznoszę toast za zdrowie nas obu...


WYTRWAŁE TEATRY 2017-09-07

Zwyczajność ubrana w wiatry.
Grają wytrwale teatry
Na scenie oczekiwania
Na wiosnę.

Spojrzenia zazdrosne
Odradzają.
Spojrzenia zazdrosne
Podkładają

Kłody pod nogi,
Zawiązują ręce
Supłami.
A teatry grają wciąż.

A na zimę
Czas zapalić w kominku.
Czas ulepić bałwana
Na zimę.

Przeczekamy w teatrze
Do wiosny i do lata,
Rozgrzana będzie data
Od promieni szczęścia.



POCHODNIA CZERNIĄ PŁONĄCA 2017-09-07

Pochodnia płonie czernią nagłą,
Twarz staje się pobladłą
W cienie, w plamki, w mroczki.
Cisza zostawia ślady, stawiając kroczki
Małe, niedoskonałe, lecz zbawienne.

A w kuluarach błyszczą światła, płomienne
Świecą świeczki, płoną, spalają relacje
Na popiół, a ogień jest zarozumiały,
Parzy i pali skórę płatków róż pięknych.

Pochodnia płonie czernią nagłą,
Gasi ją burza, a zapala wulkan przeżyć -
Nie być wilkiem, do księżyca nie wyć -
Księżyc złudny jak fatamorgana na pustyni;
Zgasła pochodnia, niebo się ślini.

A w kuluarach już innych niż kiedyś, niż teraz
Napis na ścianie mętny od mgły pysznienia,
Sprawą to jest przeznaczenia, choć także słońca,
Zatem ile dni pozostało nam do końca?


NIE ROZUMIANO WIESZCZY 2017-09-07

Nie rozumiano wieszczy, nie rozumiano,
Twórczości zaprzestać kazano,
Wskazując palcem na wygnanie.

A ja siadam na doczesności tapczanie,
Pisać nie przestanę, przestać nie zamierzam
I tylko spoglądam na zmierzch, zakryta wieża -
Jakby schowała się przed wzrokiem.

A ja stawiam krok za krokiem,
Nie powstrzyma mnie mur zawistnych,
Spoglądam, gwiazdy zabłysnęły
Jak lampiony i zgasły, złapały sen.

I dziś już wiem, z nocą, z dniem
Dochodzę do porozumienia, nie kłócę się już
Sama ze sobą i z tobą, piszę wśród dolin, piszę wśród wzgórz
Dyktando rozumu, dyktando serca.

Nie rozumiano wieszczy, nie rozumiano,
Twórczości zaprzestać kazano,
Wskazując palcem na wygnanie.


POLITYKA POLNYCH KWIATÓW 2017-09-06

Kwiaty polne są wolne jak ptaki i jak żuki,
Odmienna ich polityka -
Za pomocą patyka
Nie przetrącają inności, nie piorą świadomości
Swoim sąsiadom i rodakom.

Kwiaty polne dają uśmiech robakom,
Ziarnem wyrastają tolerancyjne,
Czerwień i złoto, nawet fiolet i biel
Mają swoje prawa. Piękno w nich
Ulotne, spojrzenie przechodnia ukradkiem,
By nie uwiędły, by nie uwiędły.

Kwiaty polne są inne niż kwiaty z miasta, cięte,
Wkładane do wazonów jak marionetki z plastiku -
Te nie żyją, a tamte tryskają sednem życia -
Przechodniu, podziwiaj, lecz nie depcz i nie zrywaj!


KRÓLOWA JARZĘBINA 2017-09-06

Na uboczu i w centrum miasta dostojna
Chyli się jarzębina, jest jak dziewczyna
Ubrana w piękną suknię, z naszyjnikiem
Na szyi. Czerwień kolorem serca.

Gotowa na tańce, wiatr ją zaprasza
I bierze w tany. Szelestem liścia ogłasza
Zabawę na sto dwa, a ludzie jak morze
Przelewające się od horyzontu do horyzontu.

Na uboczu i w centrum miasta dostojna
Chyli się jarzębina, królewska jej mina.
Zatrzymuje jedną mrówkę po cichu,
By wznieść toast w jesiennym kielichu.


ŻÓŁTE WOALKI 2017-09-06

Żółte woalki, twarze faliste
Jak jeziora i morza, i oceany,
A one błękit mają w oczach
I zieleń. Barwy też mają ogniste.

Jadowite skrywają się za rogiem
I pełzną na spotkanie z wrogiem,
A wróg jest hebanowy. Stygmaty
Po krzyżach otwarte, trudne tematy.

Żółte woalki, twarze bagniste
Jak bajora przydrożne i kałuże,
Piją tę wodę samotne róże
I rosną na potęgę, niewinne, czyste.

Syczące skrywają się za rogiem
I niczym węże są. Spotkanie z wrogiem,
A wróg traci swój heban. Zwycięstwo
Jak słońce. Umiera przekleństwo.


PORUSZENIE SKAŁ 2017-09-05

Poruszenie skał, liściem poruszone
Sny, powolne pełzną jak ślimaki,
Zostawiając ślad śluzowy. Zauważone
Drżenie drzew, a my stoimy w ciszy.

Ani zima, ani wiosna nas nie słyszy,
Ani też lato, co właśnie odeszło w dal.
Jak stal, jak stal
Jesteśmy, zwyczajni, docześni.

Poruszenie skał, deszczem poruszone
Sny, wyrzeźbiono je w tęczy na koniec mgieł
Dłutem talentu, zbiór tysięcy już dzieł
Zapinany na ostatni guzik, a my stoimy w ciszy.


I PO DESZCZU 2017-09-05

Melodia liści niesiona spadaniem
W dół, lecz to jest ułudą
Czerwoną, zieloną, żółtą i rudą
Jak rdza na pomoście zakochanych.

W morzu wielu niewiadomych i danych
Wyrastają wyspy przemyśleń. Branych
Na ręce jest wiele chwil - trzeba wychuchać
Jak maleńkie ziarno pod lupą pracy.

Melodia wiatru grana na pięciolinii
Minionych godzin. To nie piekło,
To rzeczywistość nieco zachwiana
I tylko rozum wie, jak właściwie postąpić.

Zatem wytrwać, zatem ustąpić
Można z drogi niewłaściwej,
A wejść na odpowiednią i już nie błądzić
Po wieży wysokiej, jednak krzywej.

Melodia deszczu wybijana na bębnach
Dachówek. Po placach, po plecach
Spływają kryształy lśniące i przejrzyste;
Rozeszły się chmury, niebo czyste.


Z JAKIEGO POWODU? 2017-09-04

Myśl za myślą, szwadrony września już idą
Krokiem wiatru, kroplą deszczu malują rysy
Na szybach, na szybach. Mężczyzna całkiem łysy,
Spadł kapelusz młodości w kałużę. Rozlały się  duże
Krople w plamy jeszcze większe. Ciemnieje horyzont
I jaśnieje na przemian. Odmieniają się czasy,
Zastyganie. Wspominanie palcem po zdjęciach
Jak po mapie w atlasie. Cisza rozlega się, lecz nie w klasie.
Melodia życia niesie się nad światem, króluje w hałasie.

Tylko słonecznik świeci jak słońce złote i jasne.
Przemoczone ma od deszczu płatki własne
I delikatne jak jedwab. Nikt nie zgadł,
O co chodziło w zagadce nocy i dnia. Labirynt
Nieznane ma przejścia i nieznane tunele.
Marzenia i sny, zamienić je w cele -
Tylko szkoda, że cele znajdują się w więzieniach;
Życie, czemuż ten człowiek ciebie nie docenia?

Myśl za myślą, szwadrony września już idą
Krokiem chłodu i dreszczy, aż wróbel wrzeszczy
Przemoczony szarością słoty. Inny już jeden złoty,
Choć właściwie jeszcze taki sam. A na dachu
Przylega winorośl do winorośli. Dorośli
Ludzie mają pod górkę, czasem z górki,
Płynąc po niebie - w oceanie chmurki
Nie jedne. Nie jedne. W biednej
Głosce tak wiele cienia i tak wiele blasku.

A o brzasku zbudzą się sny, otrzepią piórka
Z rosy i popłyną jak statki, poszybują jak ptaki -
Obudzi się świat zaszyfrowany w szarość,
Przebierze sukienkę, ubierze spodnie w kropy
Fioletowe. Szkła kontaktowe, oczy kolorowe
I już takie inne, jak u aktora w teatrze lub w serialu;
Zacznie się i skończy tańcem na życia balu.


ZA MGŁAMI PORANKÓW LUNATYKUJĄCYCH 2017-09-03

Za mgłami poranków lunatykujących
Znalazłam kamień na szkle kałuży,
Czas szybko mija, nieraz się dłuży,
Ale to jest życie w sercach pulsujących.

Rozpostarte skrzydła brzydkich kaczątek,
One uczą się dopiero być dorosłymi.

W rzędach stojące spokojnie topole,
Z uśmiechami na korze dłutem lata wyrytymi.

Za mgłami poranków lunatykujących
Znalazłam kamień na szkle kałuży.
Kropla za kroplą spada z siłą, mruży
Oczy kot, pies, człowiek w sercach pulsujących.


ŚWIAT 2017-09-03

Pomiędzy porcelaną a szkłem
Jest świat. Kolorowy możliwie
Na tyle, że nuty nie brzmią fałszywie,
A jedynie są pięknym snem.

Pomiędzy drewnem a węglem
Jest świat. Nieco czarny i nieco biały
Jak gołąb i jak kruk cały
W swojej okazałości. W locie ma potęgę.

Pomiędzy bursztynem a diamentem
Jest świat. Bogaty w swojej biedocie
I skromności. Na odwrocie
Wspomnień zapisane słowo potajemnie.

Pomiędzy złotem a srebrem
Jest świat. Brązu świat wielki
W swojej rzeźbie niedokończonej.
Ludzik napisał list i wysłał w butelce.


NAWAŁNICE 2017-09-03

Nawałnice. Czy to myśl? Czy to szum?
Spada na głowę, spada na ramiona
Jak grom, ale czy z jasnego nieba?
Trzeba, trzeba, trzeba.

Ale czy faktycznie trzeba? Przez chwilę
Ćmy i dzienne motyle
Są jak bracia, są jak siostry
I jest inaczej, jakby lepiej.

Nawałnice. Czy to posąg? Czy to człowiek?
Jakaś woda wypływa spod powiek
I staje się rzeką, oceanem ogromnym.
Bezpiecznie jest za rogiem przytomnym.


Z CISZĄ 2017-09-01

Cisza jest, cisza nie pyta
O wczoraj, ani o dziś.

W odległych kamienicach
Skrywa się stare uczucie.

W niedalekich szuwarach
Skrywa się doczesne lubienie.

Cisza jest, cisza nie pyta
O dziś, ani o jutro.

W ścianach, co są cztery,
Niesie się echa brzmienie.

W granicach serca
Kładą się kwiaty myśli do snu.

W granicach zmysłów
Chaos króluje butny.

W rzędzie drzew
Ptaków śpiew i krzyk.

W kropli deszczu taniec
Pragnień i marzeń, smutny.

W słowach zapisywanych
Jedno po drugim, kłos zboża.

Cisza jest, cisza nie pyta
O powody, o przyczyny.

W snach piękna twarz
I szczęście. I szczęście.

Przemiana trwa nieuchronnie,
Zapala się światło dnia.


SPŁYWAJĄCE KROPLE 2017-09-01

Spływają tęsknoty wraz z deszczem, są deszczem,
Szarą poświatą nieba, nieznane jest jutro, nieznane,
Więc serce czerwone, więc serce pijane
Niepewnością, strachem, lękiem,
Współpracuje z dźwiękiem
Spadających kropel na podłoże zbolałe.

Spływają przemyślenia wraz z deszczem, są deszczem
Przejrzystym, czystym jak łza pierwszego wiatru jesieni -
Idzie zawieja szarości, może ona sylabą swoich strumieni
Zagra melodię rozjaśnienia, melodię słońca i uśmiechu.

Spływają cisze wraz z deszczem, są deszczem,
Chłodem za oknem, powodując dreszcze
W sercu i na ciele, wiedzy tak mało, tak niewiele
O przyszłości. Założyć woalkę na twarz, maskę -
Świat nie rozpozna śladów po tych łzach...
Ludzie pokolorują go kredkami, lecz tylko w snach.


OGRÓD I KSIĄŻKA 2017-09-01

Zielony ogród, czytana książka
Na sto dwudziestej stronie,
Bohater w ciemnościach tonie,
Ratunkiem czerwona wstążka.

Zielony ogród, czytana książka
Na sto dwudziestej pierwszej stronie,
Bohater jak pochodnia żądzą płonie,
Ratunkiem coś na wzór sterowniczego drążka.

Zielony ogród, czytana książka
Na sto dwudziestej drugiej stronie,
Bohater strachem zionie
Jak ogniem smok, niepewny jego krok.

Zielony ogród, czytana książka
Na sto dwudziestej trzeciej stronie,
Bohater goni szczęśliwe słonie,
Zakończeniem jest wrzucenie pieniążka.

Zielony ogród, czytana książka
Na stronie z epilogiem,
Bohatera pogodzenie się z Bogiem
I błyszcząca złotem obrączka.

Zielony ogród, czytana książka,
A wokół roślinność soczysta,
Scena za sceną mglista
Tworzy krajobraz z powieści.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]